Ponieważ skończyły się wakacje, a dokładniej twór wakacjopodobny, podczas którego trwania, jak by to napisał Vonnegut Jr., byłam infundybułowana chronosynklastycznie, czyli pojawiałam się w wielu miejscach, wiele się działo, lecz nigdzie nie zakorzeniłam na dłużej. Jako, iż ciągłe powtarzanie litanii o libacjach alkoholowo-muzycznych jest nudne, mam ochotę trochę się pointelektualizować i rzec słów kilka o nowym filmie Tarantino. Nie jestem krytykiem filmowym, zatem emocjonować się znuf będę, ale w końcu kino bez emocji jakimś takim jałowym polem obrazów się wydaje.
Długo czekałam na Inglourious Basterds – zawsze wzbudzają we mnie emocje filmy krążące w warstwie tematycznej wokół spraw najważniejszych, a przecież nie da się zaprzeczyć, że Bękarci mówią o fundamentalnych kwestiach, choć w niekonwencjonalny sposób. Przede wszystkim można przytoczyć całą dyskusje i spory, które pojawiły się już wcześniej przy okazji pojawienia się innych filmów mówiących o tematyce Drugiej Wojny Światowej, w sposób przez wielu krytyków uznany za nie do przyjęcia. Myślę tu przede wszystkim o filmie Spielberga Lista Schindlera z 1993 roku, który stał się zarzewiem powodującym rozbuchany spór o sam sposób przedstawienia Holocaustu w kinie Hollywoodzkim. Efekt gwałtownego odrzucenia tego filmu przez kręgi intelektualne, został nazwany przez badaczkę Miriam Bratu Hansen efektem Listy Schindlera. Film Spielberga został postawiony w przez odbiorców w jednym rzędzie z pozostałymi produkacjami, co spowodowało uznanie go za kiczowaty, płytki, nie budujący pełnych postaci, bazujący na stereotypach (szczególnie postać Oskara). Także zakończenie filmu happy endem było czymś nie do pomyślenia wobec tragedii Zagłady. Film Spielberga zestawiano najczęściej z Shoah Lanzmana – obrazem, który powstawał przez jedenaście lat i traktowany był jako monumentalny dokument – zapis słów świadków. W efekcie porównania, Lista spychana była jako obraz fałszywy, nie mówiący o żadnej prawdzie (szczególnie historycznej).
Podobne kontrowersje pojawiły się przy okazji filmu Benigniego – Życie jest piękne. Powodem odrzucenia tego filmu było potraktowanie rzeczywistości i faktów jako pola gry głównego bohatera Guido, który poprzez komiczne zachowania obnaża absurdy obozu Zagłady. Takie ujęcie budziło wątpliwości także dlatego, że sam fakt potraktowania Holocaustu jako pretekstu do gry z widzem był oburzający.
W chwili obecnej oba te filmy nie wywołują już kontrowersji – stały się raczej kanonicznymi przykładami na przełamywanie przekonania o nieprzedstawialności Holocaustu, także w kulturze popularnej.
Wspominam o tym skrótowo dlatego, że odważyłabym się wpisać nowy film Tarantino w ten nurt, traktując go tym samym jako dojrzałe dzieło, dojrzałego reżysera. Oglądając Bękartów cały czas doskonale się bawiłam, ponieważ dialogi, z których nie bez powodu słynie Tarantino, znowu były świetnie skonstruowane. Spodziewałam się jatki i hektolitrów tryskającej radośnie krwi, a otrzymałam obraz zastanawiający, ośmieszający i doskonale zagrany. Nie pragnę tu zachwycać się po kolei, kto, w jakiej scenie zagrał doskonale, ale, muszę przyznać, że Pitt, którego nie darzę szczególną sympatią, okazał się świetnym amerkańskim dowódcą, a uśmieszek, który cały czas mu towarzyszył, tylko doskonale to podkreślał i nawiązywał ( a jednocześnie się odcinał) do znanych nam, pełnych patosu, typowych filmowych figur przywódców. Także Christoph Waltz mistrzowsko wcielił się w złośliwego i śmiesznego Landę. Nie będę płynąć w tych pochwałach dalej…
Film dopracowany w każdym szczególe, zachwycający muzyką, i scenami gdzie jej nie ma. Kolaż konwencji, choćby kina niemego, czy spaghetti westernów. Można też szukać pysznych, pojedynyczych kąsków, jak przywołanie sceny z kultowego już Kruka. Najważniejsze jednak jest to, że tym razem temat, który porusza Tarantino, jest tematem wysokiej rangi – to już nie jest tylko bilansowanie jakości kina, lecz włączenie się w jedna z fundamentalnych dyskusjui dotyczących mozliwości sztuki popularnej.
Uważam, że po raz kolejny okazuje się, że film doskonale nadaje się do zobrazowania trudnych kwestii, tutaj, chyba rozważań dotyczących niezmywalności winy i ponoszenia odpowiedzialności. Poprzez maksymalne nasycenie konwencjonalnością, przebija się uporczywie powracający motyw wycinanej przez Bękartów na czołach nazistów swastyki, która staje się piętnem i na zawsze, nawet po zdjęciu munduru, będzie przypominała o udziale w okrutnym procederze. Można by mnożyć więcej, lecz nie czas jeszcze na dogłębne analizy…muszę raz jeszcze wybrać się do kina
Film świetny. Kto nie widział, koniecznie musi zobaczyć.
A kto chce sobie poczytać Miriam Bratu Hansen: „Schindler’s List is not Shoah”: The second Commandment, Popular Modernism and Public memory, „Critical Inquiry” 1996/2, vol. 22, s. 292-312.
Albo o Benignim: M. Viano, „Life is Beautiful”: Reception, allegory and Holocaust laughter, „Film Quarterly” 1999/1, vol. 53, s. 26-24
A kogo interesują podbne zagadnienia J zapraszam do kontaktu – podzielę się tym, co mam




Liquid Molly



KOMENTOWALI (ŁY):