14
wrz
09

Po przerwie…

Ponieważ skończyły się wakacje, a dokładniej twór wakacjopodobny, podczas którego trwania, jak by to napisał Vonnegut Jr., byłam infundybułowana chronosynklastycznie, czyli pojawiałam się w wielu miejscach, wiele się działo, lecz nigdzie nie zakorzeniłam na dłużej. Jako, iż ciągłe powtarzanie litanii o libacjach alkoholowo-muzycznych jest nudne, mam ochotę trochę się pointelektualizować i rzec słów kilka o nowym filmie Tarantino. Nie jestem krytykiem filmowym, zatem emocjonować się znuf będę, ale w końcu kino bez emocji jakimś takim jałowym polem obrazów się wydaje.

Długo czekałam na Inglourious Basterds – zawsze wzbudzają we mnie emocje filmy krążące w warstwie tematycznej wokół spraw najważniejszych, a przecież nie da się zaprzeczyć, że Bękarci mówią o fundamentalnych kwestiach, choć w niekonwencjonalny sposób. Przede wszystkim można przytoczyć całą dyskusje i spory, które pojawiły się już wcześniej przy okazji pojawienia się innych filmów mówiących o tematyce Drugiej Wojny Światowej, w sposób przez wielu krytyków uznany za nie do przyjęcia. Myślę tu przede wszystkim o filmie Spielberga Lista Schindlera z 1993 roku, który stał się zarzewiem powodującym rozbuchany spór o sam sposób przedstawienia Holocaustu w kinie Hollywoodzkim. Efekt gwałtownego odrzucenia tego filmu przez kręgi intelektualne, został nazwany przez badaczkę Miriam Bratu Hansen efektem Listy Schindlera. Film Spielberga został postawiony w przez odbiorców w jednym rzędzie z pozostałymi produkacjami, co spowodowało uznanie go za kiczowaty, płytki, nie budujący pełnych postaci, bazujący na stereotypach (szczególnie postać Oskara). Także zakończenie filmu happy endem było czymś nie do pomyślenia wobec tragedii Zagłady. Film Spielberga zestawiano najczęściej z Shoah Lanzmana – obrazem, który powstawał przez jedenaście lat i traktowany był jako monumentalny dokument – zapis słów świadków. W efekcie porównania, Lista spychana była jako obraz fałszywy, nie mówiący o żadnej prawdzie (szczególnie historycznej).
Podobne kontrowersje pojawiły się przy okazji filmu Benigniego – Życie jest piękne. Powodem odrzucenia tego filmu było potraktowanie rzeczywistości i faktów jako pola gry głównego bohatera Guido, który poprzez komiczne zachowania obnaża absurdy obozu Zagłady. Takie ujęcie budziło wątpliwości także dlatego, że sam fakt potraktowania Holocaustu jako pretekstu do gry z widzem był oburzający.
W chwili obecnej oba te filmy nie wywołują już kontrowersji – stały się raczej kanonicznymi przykładami na przełamywanie przekonania o nieprzedstawialności Holocaustu, także w kulturze popularnej.

Wspominam o tym skrótowo dlatego, że odważyłabym się wpisać nowy film Tarantino w ten nurt, traktując go tym samym jako dojrzałe dzieło, dojrzałego reżysera. Oglądając Bękartów cały czas doskonale się bawiłam, ponieważ dialogi, z których nie bez powodu słynie Tarantino, znowu były świetnie skonstruowane. Spodziewałam się jatki i hektolitrów tryskającej radośnie krwi, a otrzymałam obraz zastanawiający, ośmieszający i doskonale zagrany. Nie pragnę tu zachwycać się po kolei, kto, w jakiej scenie zagrał doskonale, ale, muszę przyznać, że Pitt, którego nie darzę szczególną sympatią, okazał się świetnym amerkańskim dowódcą, a uśmieszek, który cały czas mu towarzyszył, tylko doskonale to podkreślał i nawiązywał ( a jednocześnie się odcinał) do znanych nam, pełnych patosu, typowych filmowych figur przywódców. Także Christoph Waltz mistrzowsko wcielił się w złośliwego i śmiesznego Landę. Nie będę płynąć w tych pochwałach dalej…
Film dopracowany w każdym szczególe, zachwycający muzyką, i scenami gdzie jej nie ma. Kolaż konwencji, choćby kina niemego, czy spaghetti westernów. Można też szukać pysznych, pojedynyczych kąsków, jak przywołanie sceny z kultowego już Kruka. Najważniejsze jednak jest to, że tym razem temat, który porusza Tarantino, jest tematem wysokiej rangi – to już nie jest tylko bilansowanie jakości kina, lecz włączenie się w jedna z fundamentalnych dyskusjui dotyczących mozliwości sztuki popularnej.
Uważam, że po raz kolejny okazuje się, że film doskonale nadaje się do zobrazowania trudnych kwestii, tutaj, chyba rozważań dotyczących niezmywalności winy i ponoszenia odpowiedzialności. Poprzez maksymalne nasycenie konwencjonalnością, przebija się uporczywie powracający motyw wycinanej przez Bękartów na czołach nazistów swastyki, która staje się piętnem i na zawsze, nawet po zdjęciu munduru, będzie przypominała o udziale w okrutnym procederze. Można by mnożyć więcej, lecz nie czas jeszcze na dogłębne analizy…muszę raz jeszcze wybrać się do kina ;)

Film świetny. Kto nie widział, koniecznie musi zobaczyć.

A kto chce sobie poczytać Miriam Bratu Hansen: „Schindler’s List is not Shoah”: The second Commandment, Popular Modernism and Public memory, „Critical Inquiry” 1996/2, vol. 22, s. 292-312.

Albo o Benignim: M. Viano, „Life is Beautiful”: Reception, allegory and Holocaust laughter, „Film Quarterly” 1999/1, vol. 53, s. 26-24

A kogo interesują podbne zagadnienia J zapraszam do kontaktu – podzielę się tym, co mam ;)

03
cze
09

Antychryst…

Tak tak… pisanie pracy maegisterskiej jest powodem dla którego szuka się ciągle dodatkowych zajęć, dlatego w miniony czwartek postanowiłam,  że z moją większą połową urządzimy sobie mały maraton filmowy. Ponieważ nie byłam nigdy fanką kina znaczonego manifestem Dogmy, ale twórczość Larsa  von T. znam, zdecydowałam się zakupić bilecik na przedpremierkę Antychrysta, żeby sprawdzić co zmajstrował.

Kiedy myślałam o nowym filmie pana von Triera, przychodził mi do głowy Szpital Królestwo i fabuła spod znaku psychologicznej psychodelii, przesycona absurdem i surowymi ujęciami. Dletgo, kiedy przestali juz grać okrutne reklamy, postanowiłam się skupić, żeby wgryźć się w fabułę. Jako namiętna fanka wszelkich odmian grozy i keczupowych kreacji filmowych, która postanowiła na wszelki nie zanieczyszczać swej głowy recenzjami i żadnymi informacjami z Cannes, spodziewałam się sama nie wiem czego, ale nie tego, co zobaczyłam…

Owszem, byłam na horrorze, ale w rozumieniu filmu nie do zniesienia. Może rasowo, strukturalistycznie się czepiam, ale fabularnie ten film był złem, złem i jeszcze raz złem – nieskładnym, źle umotywowane zachowanie bohaterów było jak tortura (co potęgował jeszcze jakiś psychologiczny bełkot, który chyba miał w założeniu urelanić powagę sytuacji)… Kiepska fabuła, zakończenie przesymbolizowane i chyba lekko feminizujące (co może akaurat było pozytywem..?)

Dobrze, że nic nie jadłam, bo masturbacja przez bohaterkę omdlałego mężczyzny i tryskająca z penisa krew była dość degustująca, zważywszy na to, że nie był to film gore (a szkoda, bo może wtedy więcej bym się uśmiała).

Przyznam, że do momentu, kiedy nie nadszedł rozdział o groźnym tytule Chaos rządzi, wszystko było do zniesienia, potem robiło sie coraz gorzej i głupawiej.

Nie żałuję, że obejrzałam ten film, bo wiem juz teraz, że horror psychologiczny to jakiś oksymoron, a Trier powinien był o tym wiedzieć. A może to był dramat? Jeśli reżyserski – to jestem w stanie się zgodzić. I nawet przecudnie poetycka scena dziecka wypadającego przez okno nie jest w stanie tego obrazu uratować…Według mnie – najgorszy film tego Pana .

Podobno Antychryst miał w Polsce najlepszą premierę w Europie – Polacy pognali do kin, chyba dlatego, że są stłamszeni katolickim gadaniem i postanowili sie odciąć, a tytuł brzmiał zachęcająco…Ciekawa jestem co teraz myślą?

21
maj
09

brnę ku zakończeniu…

W ciągu ostatnich dwóch lat jedno najważniejsze słowo nie schodziło z moich ust i nie opuszczało myśli – magisterka. Kiedy podjęłam karkołomną decyzję o wyborze promotora, który słynie ze swojej artstycznej duszy i zamiłowania do wynalazków techniki (prawdziwy geek), klamka zapadła, kobyła znalazła sie u płotu, a ja stanęłam przed wyborem tematu.  Ciężko było zdecydować, bo przecież pasje czytelnicze zmieniają się, a ja zdążyłam się podczas studiów przekonać, że kocham pozytywizm, uwielbiam Witkaca i Gombro oraz nie stronię od sylw współczesnych i  teoretycznoliterackich paranoi (pewna byłam tylko tego, że z językoznawstwem nie chcę miec nic wspólnego – ugh).

Przez chwilę myślałam, że uda mi sie przeforsować temat o osobowości batmana, lecz zmuszona zostałam do zabrnięcia w komiksowe historie trochę dalej. Efektem tych poszukiwań było spojrzenie na obrazkowy świat przez pryzmat współczesnej kultury popularnej i tego, jak kształtuje ona dyskurs holocaustowy. Miejsce Holocaustu w komiksie to temat, który obarczał mnie bardzo długo i długo nie mogłam wykrztusic z siebie ani słowa.

Ostatnie miesiące były czasem ciągłych narzekań i szukania wymówek, choć słowa powoli wklikiwały się do komputera. W obecnej chwili jestem szczęśliwą posiadaczką pracy, która wymaga tylko poprawek i ładnej oprawy…

Nie liczę na zrewolucjonizowanie świata humanistycznego, nie jestem Nietzsche i  nie uśmiercam europejskich paradygmatów, nie napisałam też Czarodziejskiej Góry i nie posługuję się płynnie heksametrem, ale jestem pełna nadziei, że komiksowym maniakom praca przypadnie do gustu, a oczy teoretyków literatury skieruje w stronę nowego pola dyskursu…

Nadzieja nadzieją, teraz trzeba sią tylko przygotować do obrony: kupić kwiaty, dać kwiaty, porządnie to opić, potem też opić, a potem się poskładać i ruszyć na letni muzyczny szlak…

11
maj
09

majowa hipokryzja…

Maj się maji i jest miesiącem spięć i napięć. A to jakieś egzaminy – maturalna paranoja – przetrudny wybór – między Chłopami a Panem Tadeuszem – podtrzymanie odwiecznej walki Pozytywizmu z Romantyzmem (choć przyznać muszę jako rasowa polonistka z zacięciem pozytywnym, że Reymont taki ortodoksyjny nie był – zaglądać do Marzyciela jeśli kto łaskaw i chce sprawdzić:)

Nie o tym jednak marudzić tu chciałam. Maj to kwitnące kasztanowce i gromady białych aniołków, podążające radosnym truchtem do ołtarza, przyjąć Jezusa do swego serca. Piękne komunijne momenty radują każde serce…ale

No właśnie. Jakoś nie jestem przekonana o szczerości intencji tych małych dzieciątek, które zupełnie nieświadomie porywane są w wir zawikłanych wyjaśnień, jedzenia i prezentów. Ach!!!  Duchowy Wymiarze, gdzie ty się podziałeś?

Przykładem niech będzie impreza, w której przyszło mi wziąć udział w ostatnią niedzielę – czego się nie robi dla kochanego kuzyna (biedaczysko – uczył się chodzić w sukience vel. albie). Ponieważ nie wyznaję, postanowiłam uczciwie poczekać na zakończenie ceremonii przed przybytkiem kościelnym. W pierwszej kolejności sprawy organizacyjne: nie żuć gumy, nie robić zdjęć, wyłączyć telefony – rzekł kapłan trzymając rękę w kieszeni. Potem błogosławieństwo rodziców – a co tam. Dzieci z pieśnią na ustach, w dwuszeregu do komunii marsz – zapadła cisza (ach ten stres). Ceremonia – sprawnie – nic nie widziałam (uczciwie przynaję). Oddałam się obserwacjom socjologicznym – palenie papierosków przed kościółkiem, jedzenie czipsów (ale jakie przykładne padanie na kolana podczas podniesienia). Potem narobił mi na rękaw ptak (kara za mój szatański pod nosem uśmieszek).

Zapomniałabym o rewii mody – koki, loki, garsonki, garniturki – cacy. A na każdym ramieniu przepiękny aparat – z megaśnym zoomem – niech widzą…

Na szczęście dzieci nie są tak głupie, jak o nich sądzą dorośli: „Tato – ale to wino było pyszne”… Potem nawrót do domu – czekamy na prezenty…To już jednak inna bajka i nie spieszy mi się jej opowiadać, bo kocham kuzyna i mogę mu dawać prezenty kiedy mi się spodoba:P

W jednym słowniku napisano:
HIPOKRYTA: obłudnik, człowiek fałszywy, dwulicowy, faryzeusz.
HIPOKRYZJA: obłuda, dwulicowość, nieszczerość, fałsz, udawanie.

Z greckiego: hipokryzja: gra sceniczna – od: opowiadać, udawać, grać rolę.

Zatem – niech sobie dorośli grają swoje role (przed sobą nawzajem) – a dzieci mądrze to wykorzystują, bo i tak w przyszłości same zdecydują jaką drogą sobie dreptać.

Zdjęcia: pomysl i autorstwo: A&P
Cytat ze słownika Kopalińskiego, Wa 1999

koscil 1
kosciol 2

04
maj
09

Weekendowe wyczyny majowe

Jak zwykle zaczęło się całkiem niewinnie – zaproszeniem na urodzinowe party przez moją najlepszą, przyjacielską duszyczkę…

Impreza którą organizujemy już od lat, tym razem miała przybrać zupełnie inny wymiar – okrasić ją miało dobrym graniem kilka elektronicznych projektów i dwóch dj. Przygotowania pochłonęły kupę energii (nie koniecznie mojej), ale udało się i tylko las musiał przygotować się na przyjęcie siejących chaos gości.

Jakiś dziwny pęd narodu do robienia szaleńczych zakupuf spowodował, że zakup chleba graniczył z cudem, a alkohol trza było prawie sprowadzać z zagranicy. Kiedy jednak udało się wyjść zwycięzką ręką z marketu, taszcząc hektolitry piwa i niewiele mniej wódki, można było zacząć się pakować. Miałam wrażenie, że ilość niezbędnych przedmiotów do przeżycia w dzikiej puszczy rozrasta się z minuty na minutę – dlatego postanowiłam ograniczyć się do dzidy, off-a i śpiworka.

Ku mej radości udało nam się dotrzeć na miejsce bez szwanku, choć samochód ledwo trzymał sie na kołach. W nagrodę dostał od nas małą, czerwoną czaszeczkę na maskę, a my mogliśmy oddać się trzydniowemu odpoczynkowi na łonie natury.

Jak do tej pory sytuacja nie wzbudza szczególnych emocji, bo jeszcze nic się nie wydarzyło. Jednak zaraz po wyjściu z samochodu obarczona zostałam butelką zimnego piwa i przywitały mnie zwłoki, które imprezowały dnia poprzedniego, ponieważ niektórzy mają większe zacięcie i trzy dni to dla nich za mało.  Ofiar śmiertelnie zatrutych było o wiele więcej – rzec by można: pandemia libacyjna.

Piątkowy wieczór upłynął pod znakiem  piwa, kiełbasy i sarmackich przepychanek w doborowym towarzystwie. Pan T. który niewinnie oddalił się na odpoczynek obudził się z ekstremalnym markerowym makijażem, niektórzy szukali butów na dachu własnego domostwa, a inni starali się nastąpnego ranka ułożyć przebieg nocy, czemu przeszkadzała niewiadomego pochodzenia amnezja (podejrzenia padały na 80% rum, który jednak miał dobra linię obrony i oskarżono ostatecznie pana absolwenta – biedak pogardzany wylądował w koszu na śmieci)

Sobota okazała się dniem, na który wszyscy czekali – dzień koncertów – nastrój zepsuła zbuntowana toaleta plująca na lewo i prawo swą przeuroczą zawartością i wyganiająca towarzystwo w leśne rejony. Odbywało się tradycyjnie – panowie na lewo – panie na prawo i tak jakoś szło. Niektórzy nawet próbowali się z nia uporać, ale okazało się to gównianym interesem.

Koncertownia przygotowana została wyśmienicie – cudne nagłośnienie – 2kW – w sam raz by zakłócić ciszę nocną i rave’ować do rana. Sprzęt zakurzony, ale sprawny w 100%.  Woodstockowy klimat został opanowany wiadrami z wodą, dzięki którym kurz stał się znośny, a parkiet bardziej przyjazny. Wśród radosnych harców, którym towarzyszyły naprwadę różniste dźwięki (od elektroniki po surowy drum’nbass), doszło do wręczenia tortu (jeśli solenizant pamięta jak on smakował niech mi przypomni).

Bardzo dobrze się bawiłam – gin&tonic – napój wyskokowo-chłodzący dodawał animuszu. Zjadłam pyszne lody tańcząc boso do punkowych kawałków Ziggy’ego Stardusta z Rozkrocku. Zostałam oblana piwem, dzięki czemu moje włosy będą zdrowsze (podobno). Nauczyłam się rozpalać grilla cudzymi rękoma. Oddawałam sie błogiemu nicnieróbstwu (wizja mgr została skutecznie związana i zakneblowana w domu) z domieszką rozjebstwa. Zyskałam kilku przesymptycznych i jakże normalnych znajomych. Kibicowałam w zawodach Szybkiego Lopeza. Zostałam obdarowana maską Borga. Zrobiłam milion kompromitujących zdjęć. Weekend uważam za czyniący z mózgu bezużyteczny organ (ewentualnie odpowiadający za sterowanie podstawowymi funkcjami życiowymi), mimo tego udany, przyjacielski spęd, który powtórzymy za rok (jeśli las się nie obraził i sarny przeżyły).

aska-na-bloga1

28
kwi
09

WEF – MANDALA- 25.04.2009

Udało mi się wreszcie dojść do siebie i zacząć funkcjonować wśród żywych, dlatego czas na przetworzenie wrażeń, których niemało dostarczył WEFowy koncert.

Tym razem nie udało mi się dotrzeć do Zachęty – żałuję, ale fizycznie nie  było to możliwe (poprzedniego dnia tj. w piątek odbył się TRESOR 66. i live-y grali EVF i MUTE – trza koniecznie było posłuchać) . Całe szczęście pociągi do Wawy kursują trochę częścieniż z… i udało się przybyć do Mandali na czas – choć i tak techniczne przeszkody i zaburzenia opóźniły srodze koncerty. Nie miałam też pojęcia kto panuje nad chaosem w line-upie, ale chyba sobie nie poradził jak trzeba, bo częśc gości zniechęcona poprostu wyszła. Przyznaję, że dla mnie nie miało to znaczenia, bo i tak wiedziałm kogo przyjechałam posłuchać. W duuużyyym skrócie (coś tam apmiętam):

Madboy – heh, nie jestem fanką muzyki dance, ale wróżę chłopakowi dużą karierę poza undegroundem – jakiś Sunrise? Nie wiem – nie moja broszka muzyczna, choć ryk na sali to chyba nie był entuzjazm…

EVF – za dobrze się znamy, ale brzmiało lepiej niż poprzedniego dnia – dzięki za Kaszpira i Contrę (jak dawno w to nie grałam) – w końcu muzyk musi się dobrze bawić jak gra, a nie chować twarz za laptopa…Żal utraconych wizuali (ale to osobna historia)

Liquid Molly – jak zawsze świetnie i świetnie się bawiłam. Lubię ostre granie,  z dubowym posmaczkiem. Muzyczna interpretacja LFO – wspaniały deser przed głównym daniem. No i oczywiście szatański wizerunek sceniczny – plus 10 do lansu.

Zova – mistrzostwo muzyczne – wspaniały koncert – dobrze było podryfować sobie w takich dźwiękach – szczególnie,  iż organizm mój opanowało paskudne zmęczenie – żałuję, że tak krótko – ale wiadomo – sytuacja grających była dość napięta.

Antiharmonix – po znajomości ;) kilka komplementów (ale to na prv) – znałam ten materiał – przyznam, że dość minimalowy jak na Twoje granie. W piątek ściana basu zabiła wszystkie niuanse -w Mandali już o wiele lepiej, kilka smaczków się pojawiło. Troche tęsknie za dawnym Antim – mam nadzieję, że ten romans z techno minimalskiem to inspiracja i gdzieś tam wydobędziesz jescze trochę idm-u…:) [aaa i co tak krótko?]

Vitalis Popoff – przeskładny set – bardzo klubowy – podobał mi się, choć momentami byłam znużona (zrzucam to na karb zbyt późnej pory). Szkoda, że tak ruszające na parkiet granie, było zepchnięte na tak późną godzinę. Podziwiam też za wytrwałe przy scenie uważne słuchanie pozostałych.

Sourone – dla mnie największa niespodzianka tej imprezy. Bardzo ładne dźwięki – dobrze wyważone granie – nie za mocno, ale z pieprzną nutką.  Przyznaje, że moja percepcja była zaburzona ilością spożytego piwa, ale ten facet obudził mój mózg z letargu. Jeden z lepszych koncertów tego wieczoru. No i lans z papierosem – trochę jak w kinie – czyżby duża pewność siebie?  Choć kiedy się tak gra, to chyba nie dziwi :)

Nie silę się na merytoryczne wypowiedzi, bo tym się zajmą WEFowicze z forum, ja tylko wyrażam swoje zadowolenie z tej imprezy, która ponownie okazała się symaptycznym doznaniem muzycznym. Dobrze było też napić się piwa w doborowym towarzystwie; poznać kelnera, który nie umiał liczyć; oswoić się z imbirem; walczyć z przedłużaczem i z koordynacją psychoruchową.

Jedyny żal – to brak porządnego stanowiska VJ-skiego, zbuntowany projektor, oraz miejsce, gdzie świeciły wizuale. Można to było rzucić na DJ-kę (czy scenę – jak kto woli) – na tych wyciszających kasetonikach – myślę byłby porażający efekt – szczególnie myślę o Pikselo i Panu Dudzińskim – szkoda, szkoda, szkoda… Może następnym razem uda się to ogarnąć.

P.S. Fajnie było znowu was wszystkich spotkać…Teraz to chyba dopiero na NMF-ie…

EVFLiquid Molly AntiharmonixLiquid Molly

Antiharmonix

23
kwi
09

Masochizm żywieniowy

Pamiętam taką piosenkę Bladych Loków – jeszcze z czasów kiedy to Radiostacja należała do moich ulubionych rozgłośni i nadawany był program Makakofonia prowadzony przez subtelnego złośliwca Piotra „Makaka” Szarłackiego – piosenka ta nadaje się wspaniale na motto moich ostatnich wyczynów kulinarnych: Płoną ognie, płoną ognie…

Tylko, że kiedy ja gotuję, nie jest bezpiecznie i nie jest spokojnie…

Wszystko przez to, że ostatnio czuję się jak piece of shit – szalejące hormony, doba podejrzanie przestała mieć 36 godzin bez nocy, tylko 24 (i jeszcze trzeba spać a to taka strata czasu). Pomyślałam sobie, że w kuchni człowiek zawsze się uspokaja, a ponieważ kocham jeść, zabrałam się do gotowania.

I tu was mam – wcale nie podpaliłam kuchni, nie zbijałam szaleńczo talerzy (raz tylko spadł mi na ziemię mały, niewinny pomidorek i zrobił przeokrutną czerwoną plamę, a po drodze zaczepił jeszcze o moją bluzkę), obiad się udał i jak zawsze w moim wykonaniu był pyszny. (cóż za skromność – tylko ją pochwalić)

Ponieważ jestem maniakiem różnych ostrych rzeczy, także i w kuchni te fascynacje się odzwierciedlają – lubię potwornie ostre żarełko. Z tym wiąże się moje ostatnie masochistyczne odkrycie kulinarne (lepiej późno niż wcale) – oliwki nadziewane papryczką piri piri. Polecam wszystkim szaleńcom:

Przepis podania – dla ludzi o mocnych nerwach:

Słoiczek oliwek – 12 zł

Mały widelczyk – z szuflady (tudzież gdzie go tam macie)

Butelka wody minerlanej – żeby nie stracić głosu po spożyciu

Wrażenia – bezcenne

piri-piri

20
kwi
09

Kac a kreatywność…

Miniony weekend postanowiłam spędzić w dość nietypowy sposób – tzn: poczytać książki i zabrać się za to, co mnie prześladuje, czyli pracę magisterską. Przerażenie moje osiągnęło apogeum już od bladego świtu, gdyż okazało się, że posiadam tylko jeden rozdział (o jakości tych kilkudziesięciu stron tekstu nie wspominając), a czasu bardzo mało.  Pisanie pracy w moim wykonaniu można porównać do budowy polskich autostrad – dużo gadania, a tempo nie przyspiesza…

Zanim zaczęłam pisać, musiałam oczywiście celebrować poranek – herbatką i sprawdzeniem skrzynek mailowych – zawsze to choć troche opóźniło sedno sprawy. Samopoczucie dopisywało, bo piątkowy wieczór zmienił się w leniwą niedzielę. Udało mi się obejrzeć najgorszy według internautów polski film: Nieruchomy Poruszyciel i nie wiem jak to o mnie świadzcy, ale podobał mi się…

Od inetnsywnej pracy – przyznaję – rozbolała mnie głowa – byłam jednak do godziny 18 nieugięta, bo udało mi sie napisać nędzne 6 stron (a co to jest 6 stron w porównaniu do całości?), koncepcji brakowało, więc nie mogłam sobie pozwolić na małą imprezkę i tłamsiłam skutecznie to pragnienie.

Jednakże, kiedy się pragnie spokoju za wszelką cenę, to zawsze znajdzie się jakiś podstępny wichrzyciel, no i znalazł się. Wpadł niby to w odwiedziny, na chwilę, ale już wiedziałam, że to tylko pretekst, aby wyciągnąć mnie z domu. Wykorzystał z premedytacją to, że poziom asertywności o godzinie 20.00 jest zdecydowanie niski…

Impreza imprezą, ale rano trzeba było wstać – w końcu siebie się nie da oszukać, a komp wołał – pisz pracę! Pisz pracę! Po opanowaniu napadu paniki, z ciężką główką i Ice Tea przy boku ruszyłam dziarsko do boju.  Kacowe męczarnie w dziwny sposób dodają fantazji i finezji, bo jak się w ostatecznym rozrachunku okazało drugi rodział się rozbujał…i jest szansa i światełko, że uda się obronić na czas:) Obawiam się tylko, że zostanę alkoholiczką w tym pędzie do wiedzy…

KAC w wikipedii:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Kac

13
kwi
09

Dlaczego nigdy się nie wyśpię..?

Ciągle zadaję sobie to jakże podstawowe pytanie – kiedy w końcu uda mi się wyspać. Niestety odpowiedź jest mi dobrze znana i wcale nie jest mojego autorstwa – dobrze się wyspać można dopiero po śmierci…

Do przemyślenia tej kwestii zmusiło mnie kilka nagromadzonych świątecznych wydarzeń (a czy już mówiłam, że nie znoszę świąt?) Święta to czas wolny od pracy, wolny od myślenia, pełen jedzenia, picia i nic nie robienia – czyli tego, co przyprawia mnie o mdłości – no może za wyjątkiem jedzenia ;) . Święta trwają za krótko, a rodzina jest za duża…I tu się zaczęły moje kłopoty…

Jak (najlepiej z matematycznego punktu widzenia, który jest mi nad wyraz obcy) określić możliwość odwiedzenia wszystkich w te kilka wolnych dni. Jedyny sposób jaki przyszedł mi do głowy, to zawiesić na czas jakiś umiejętność zasypiania – i o dziwo…udało się. Zatem: mama, babcia, teściowie (przyszli), ojciec, banda znajomych – zostali uszczęśliwieni moją obecnością. A choć ucierpiał na tym mój kontakt ze światem – odcięcie od internetu czasem nie wpływa dobrze na psychikę, to jednak odczuwam satysfakcję.

Niedzielny poranek okazał się dniem kryzysowym – po dwóch rozkosznych godzinach snu ( pozostałe godziny poświęciłam na próbę przekupienia ogórkiem świnki morskiej o imieniu Czocher, aby dała pospać), gdy zegar wybijał 8.00, nadszedł czas starcia ostatecznego z żurem i jajem w majonezie…Po zakończonej jawnej misji kulinarnej zapragnęłam udać się na spoczynek…

Okazało się jednak, że w starciu planowany na wieczór koncert – ja – wygrał koncert i tak oto ponownie znalazłam się w Poznaniu.

Zatem bilnas tegoz rozkosznego świątecznego weekendu jest taki:
trzy kilo więcej
wielkie worki pod oczami
zderzenie z zającem
dwie kłótnie rodzinne
noc tańcowania
długaśna rozmowa z mamusią
jeden zniszczony laptop
kac
świadomość uzależnienia od internetu3406961340_9c65cf3b09

kurczaki

06
kwi
09

“żegnaj czarny poniedziałku”

Co za udany dzień – pełen różu :) W pracy same nowości – nie umiem włączyć kompa… No cóż, każdemu się może zdarzyć, że nie nie zauważy guziczka odpowiedzialnego za wszystko. Radośnie sobie mailuję, a dzień mija…

Historia potoczyła się pięknie, aż do przesolonej chińsczyzny na obiad, którą zjadłam nie wiedzieć czemu (może byłam głodna, a może jak zwykle jadłam, bo się nie umiem opamiętać). Potem piłam bez przerwy – miałam wrażenie, że Smok Wawelski i jego siarka to niewinna historyjka, przy tym co ja przeżywam… Mimo tych przykrych doświadczeń, zapragnęłam jogurtu na kolację, lodówka oczywiście udawała, że nie ma pojęcia, iż jej brzuszysko jest puste, co zmusiło mnie do wyjścia z domu. Znowu…

I nawet to, że musiałm się schylić, założyć buty, zasznurować buty, założyć bluzę, przejść całe 600 metrów, to nie było takie straszne i okrutne.  Nawet pijane facjaty szukające rozrywki na przyblokowym Manhattanie i bełkoczące radośnie niewyraźne dzieńdobry nie wydało mi się obleśne, jak to, że u celu tej wędrówki nie znalazł się jogurt… tylko piwo (jogurt naturalny to produkt do życia zbędny, produkt luksusowy, dlatego, jeśli nie ma go w sklepie powinnam mieć to w czterech, natomiast piwo – piwo jest niezbędnym napojem, regenerującym szare komórki, jednak tylko niektórych osobników, mimo to, na wszelki wypadek w markiecie jest go ze dziesięć półków io to całkiem pełnych)

Trzymając pod rękę swoją większą połowę szukałam ukojenia ( a raczej tłumiłam napady wściekłości) po popołudniu  pełnym wrażeń… A tu nie wiedzieć czemu – atak ze zdwojoną siłą. Jak by rzekł magister Andrzej Strzelba – z górnej rury. Chłop jak chce to potrafi – no i wymślił… Naklejkę sobie zrobi ;) Oj, ale nie byle jaką, tylko manifestującą gorącą nienawiść do Commodore… A kiedy próbowałam coś wybełkotać – w obronie – to okazało się, że jestem chora – na Commodoryzm. Chorobę przenoszoną drogą kasetową….
commodore-datassette1

I co mi się przypomniało…Cicho…bo jak coś powiesz, to się nie wgra :)




KALENDARIUM NADCHODZĄCEGO PANDEMONIUM

listopad 2009
P W Ś C P S N
« wrz    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

COPYRIGHT

Wszystkie teksty zawarte na stronie są własnością autorki - powielanie, wykorzystywanie na różne sposoby i pożyczanie bez zgody - jest nie do pomyślenia...