Przez długi okres czasu nie miałam ochoty zaglądać do tegoż bloga, ponieważ zakrzywienie rzeczywistości i czasu zupełnie na to nie pozwalało. Dzisiejszy dzień jest iskierką, która spowodowała, że się to wydarzy na kilka sekund oczywiście…bom zmienna jak przeciętna baba.
Jak co dzień rano powstałam z martwych o wczesnej porze (dla niektórych w nocy) i udałam się radosnym krokiem do miejsca swego ulubionego co się pracą zowie. Napomknąć muszę, że w dość specyficznym miejscu pracować mi przyszło – niekiedy mam wrażenie, że gdy przekraczam próg tego miejsca, wchodzę do alternatywnego świata. I nie myślę tu wcale o satysfakcji jaką zajęcie się ceramiką przynosi, lecz o tym, że burza ludzkich umysłów ma ogromną moc sprawczą i wiele potrafi wykreować. Banalne stwierdzenie: nie ważne gdzie, ważne z kim, nabiera tu pełni, blasku i pręży się niczym kocisko o lśniącej, czarnej sierści.
Nie zamierzam tu pod niebiosa wychwalać, jak to mi dobrze z mymi kompanami przy piecu do wypału, pragnę tylko zaznaczyć, że tworzymy dość frywolne towarzystwo, które po dzisiejszym dniu śmiało mogę określić jako Brać sarkastyczno-fekalną herbu Rableais’ego. Srogie żarty się nas trzymają. Obiecałam, że wspomnę dziś na temat, jak to pięknie można określić: gazów jelitowych
Pozwalam sobie na wykorzystanie istniejącej wiedzy na ten temat, gdyż pole to dość dobrze zostało zbadane. Ukochana przez wszystkich Wikipedia podaje jakże ścisłą definicję:
Gazy jelitowe – mieszanina gazów, głównie azotu, dwutlenku węgla, siarkowodoru, metanu, powstała w układzie trawiennym na skutek połykania powietrza[potrzebne źródło] oraz procesów fermentacyjnych bakterii symbiotycznych. Największe ilości gazów jelitowych gromadzą się w okrężnicy. Większość gazów jelitowych jest absorbowana do krwiobiegu. Pozostałe wydalane są przez odbyt (czynność ta nosi nazwę w języku łacińskim flatus)[1]. W niektórych schorzeniach, takich jak zespół rozrostu bakteryjnego lub zespół jelita drażliwego gazy jelitowe mogą być częściej produkowane i mieć bardziej drażniący zapach niż u osoby zdrowej. [http://pl.wikipedia.org/wiki/Gazy_jelitowe]
Motyw ten i literaturze nie obcy, przytoczę choćby wiersz Fredry:
O pierdzeniu
Poemat liryczny
Od prawieków w całym świecie,
Kogo kolka w boku gniecie,
Każdy sobie pierdzi chętnie,
Cicho, smutno lub namiętnie.
Stary, młody, mały, duży -
Wszystkim dym się z dupy kurzy,
Każdy chętnie portki pruje,
Bliźnim pod nos popierduje.
Pierdzą panny, dobrodzieje,
Księża, szlachta i złodzieje,
Nawet papież, chociaż miernie,
Też kadzidłem sobie pierdnie.
Pierdzą ludzie na siedząco,
Na stojąco i chodząco.
Pierdzą nawet przy kochaniu
By dać taktu, jak przy graniu.
Krasawice, w wieku kwiecie,
Pierdzą cicho jak na flecie.
A poważne w wieku damy
Wypierdują całe gamy.
I w teatrze, i w kościele,
W dnie powszednie i niedziele,
I filozof, i matołek -
Każdy pierdzi ciągle w stołek.
Jeden przebrał w jadle miarkę
I ma w dupie oliwiarkę.
Gdy chciał pierdnąć, na odmianę,
Obsrał okna, drzwi i ścianę.
Ten zaś smrodzi jak niecnota,
Jakby zjadł zdechłego kota.
A kiedy się czosnku naje,
To aż wiatrak w oknie staje.
A ten trzeci jest w humorze
Kiedy pierdnąć sobie może.
Więc natęża siłę całą
By popierdzieć chwilę małą.
Tam jąkała w kącie stoi.
Dupę ściska bo się boi.
Chciałby sobie puścić bąka,
Lecz w pierdzeniu też się jąka.
Jednym słowem – w całym świecie,
Kogo bździna w dupie gniecie -
Wszyscy niech se pierdzą chętnie:
Cicho, smutno lub namiętnie.
A i przypomnieć warto o tym, że znany powszechnie malarz Salvador Dali rozpisał się na ten temat dość obszernie w swym Dzienniku Geniusza. Otóż Dali podjął próbę usystematyzowania kwestii dotyczących pierdnięć. Część poświęconą tymże, nazwał: Sztuka pierdzenia, czyli Podręcznik Posępnego Kanoniera. Odnajdziemy tam zarówno obszerne definicje, jak i klasyfikacje. Tam też wszystkich pragnących zgłębić zagadnienie odsyłam. Zacytować pozwolę sobie tylko jedno zdanie: Nie ten zna się na pierdzeniu, co sądzi, iż jest ono tak bardzo haniebnem i przyczyną tyluż nieprzyzwoitości.
Na koniec, jak przystało na członkinię towarzystwa fekalnego, pozwolę sobie przytoczyć żart nie swojego autorstwa:
Dwie muchy latają nad wielkim gównem i nagle jednej z nich zdarzyło się puścić siarczystego bąka, na co ta druga mówi: no wiesz, nie przy jedzeniu!!!!
A gdzież konkluzja się kryje, bo przecież nie o ANALizę dogłębną historii pierdnięcia w literaturze, sztuce i życiu tu idzie? Cóż, najprościej chyba będzie, jeśli powiem, że nadal uważam, że żyć trzeba pół-żartem pół-serio, a jeśli kiedyś przyjdzie mi ochota na całkiem-serio i bez-żartem to znaczyć będzie, że postradałam rozum do cna, albo, że się zużył i nie da się go w żaden magiczny sposób odratować. W tej chwili tylko zachowanie dystansu do otaczającej i przygniatającej realności może mnie uratować. Zatem koko dżambo (czy jak to tam było) i do przodu, z uśmiechem na twarzy.
Ave ekipo!!! See you@work
… hehehe
Brakuje czasów, kiedy to podłe ganiały głowe moją.
Pozdrowienia jak najbardziej serdeczne i przepełnione łezką przepozytywnej refleksji:)
Wiosne trza by było przywitać jeszcze lepiej w tym roku!!