Sobota upłynąć miała w myśl hasła: działanie zamiast myślenia. Powodem tego jest to, że ostatnio w głowie kłębi mi się za dużo głupot i niegłupot (na użytek tekstu nazwę je Podłymi), które ani spać nie dają, ani jeść nie dają, tylko są i krzyczą i każą na siebie zwracać uwagę, tak, jak bym nie miała nic innego do roboty tylko się zastanawiać. Gadanie, że od myślenia głowa nie boli to jakaś bzdura wierutna, z którą zgodzić się nie zamierzam, bo boli i nawet mi znany środek przeciwbólowy (krypto rekl?) nie pomaga, a zapijanie to pomysł fatalny i szkodliwy bywa.
Kiedy ranne wstały zorze, ja niestety jeszcze spałam, ale od czego jest skowronek w telefonie, który przypilnuje by nie zaspać. W ogromnym pędzie, pod presją spóźnienia, wybiegłam z domu, próbując gubić po drodze stado tych Podłych, co to mnie zamęczały w ostatnim czasie i poczułam się lekko i wiosennie. Trochę jazdy tramwajskiem i ulala, wycieczka się zaczęła. Przyznać muszę, że spacerki po lesie dobrze robią na zdrówko i choć aura była raczej barowa, długą sobie z dziewczętami przechadzkę urządziłyśmy. Efektem tej wyprawy było rozpoznanie najbliższych terenów, gdzie ukrywają się kraterki po meteorytach, które ciężko mi było dostrzec, bo jakoś dużo drzew w lesie wyrosło. Po błotnej kąpieli, której efektem było skalanie doszczętne butów (dobrze, że nie szłyśmy polem pełnym kału), nastąpił ciąg dalszy…
Grrr… Gdyby ludzie korzystali z zegarków i się nie spóźniali, życie biegło by bez zakłóceń, ale skoro zakłócenia się zdarzają, trzeba sobie jakoś z nimi radzić metodami wszelakimi, czytaj: czekaniem i narzekanio-gadaniem. Kiedy ekipa była w komplecie, udaliśmy się do O…, gdzie opustoszały szpital psychiatryczny (nie wiem jaką sławą owiany) stoi. Po przekroczeniu bramy, która oczywiście stała otworem i wcale nie trzeba było skakać przez płotki, zwiedziliśmy sobie tenże przybytek pełen historii (o której nie mam pojęcia).
Jak działają takie ekscesy? Dobrze pooddychać przeszłością i powgapiać się w stare ściany, Pohulać pseudoartystycznie i zdjęcia pstrykać gdzie popadnie, wmawiając sobie, że przecudne będą jak żadne dotąd. Tylko żal się rodzi w środku, że od myślenia uwolnić się nie da i jak szybko bym nie biegła pustym korytarzem, to Podłe siedzą mi na plecach i wchodzą do głowy, roszcząc sobie prawo do najlepszej jej części…
Aby nie zabrzmiało to wszystko zbyt pesymistycznie, dodam, że wieczorem udałam się na radosną potańcówkę i Podłe choć na chwilę udało się uspokoić. Dzisiaj smacznie sobie śpią w gościnnym. Jak będę cicho, to się nie obudzą, a jeśli, to trafią na ten mur:


0 Odpowiedzi do “Wiosną chadzanie”